Aktualizacja

Przeniosłam się w piątek z klasą IV z pierwszego piętra na parter. Będziemy teraz bliżej dyrekcji, co wiąże się z pewnymi udogodnieniami. Jak zawsze pomocni nauczyciele płci męskiej przytaszczyli do nowej sali biurko, ławki i krzesła, za co jestem im bardzo wdzięczna, gdyż samej byłoby mi trudno ogarnąć to wszystko.

Jutro powtórzenie wiadomości z rzeczownika na pierwszej lekcji i czytanie ze zrozumieniem na drugiej. W środę kartkówka.

Nie odpoczęłam przez weekend, chociaż spędziłam go w Lesie Bielańskim, skąd zawsze wracałam zrelaksowana. Tym razem nie wyszłam mentalnie z pracy, więc nawet widok pustelniczych domków nie przyniósł upragnionego ukojenia…

Ale co tam, dziś się wyśpię, a jutro do boju 🙂

Reklamy

11.11.2018 r.

Na 100-lecie Niepodległej Polski szkoła, w której pracuję, zorganizowała wieczór poetycki w przepięknej oprawie. Przy ognisku spotkali się uczniowie, rodzice i nauczyciele, wokół unosiła się gęsta mgła, a z dyskretnie rozmieszczonych głośników płynęły pieśni patriotyczne.

Dzieci recytowały wiersze, był hymn, była Rota, były Białe róże.

received_331422467674758

Było inaczej, ale na pewno pięknie.

Live update, czyli przemyślenia weekendowe niewarte funta kłaków

Niegdyś dosyć często zderzały się we mnie dwa sprzeczne uczucia, dwie różne cechy, które walczyły między sobą zaciekle, aż w końcu jedna strona odpuszczała, stawała w cieniu i nabierała sił przed kolejnym starciem. Mowa tutaj o szaleństwie i powadze, co nie jest znowuż niczym odkrywczym, bowiem już starożytni wpadli na pomysł, że wszechświat to nieustanne zmaganie się dwóch podobnych sił. Mniej więcej.

Od paru lat wygrywa w moim przypadku spokój, co bardzo mnie cieszy, ale zdarza się, że i szaleństwo da o sobie znać, co z kolei nikomu nie wychodzi na dobre. Tak też było i tym razem, gdy wrzuciłam na (nie)kontrolowany luz. Nie wyszło. Kiepskiej jakości głupawa próba odreagowania stresu związanego z nowotworem, operacją i żmudnym dochodzeniem do siebie zakończyła się niepowodzeniem. Żadnych luzów w moim statecznym życiu.

Nie wyszło, więc wróciłam do skorupki. Kolejny raz doszłam do wniosku, że nie warto, że się zwyczajnie nie nadaję, że to nie dla mnie, że nie umiem. Inni niech się bawią, ja chętnie popatrzę z boku, uśmiechnę się i pomyślę, że tak właśnie wygląda świat ich, a tak mój, i jest to dobre, tak zostało pomyślane, urządzone, koniec dyskusji.

A jak było na zebraniu z rodzicami? Muszę przyznać, że w porządku, chociaż gdy jedna z mam rozpoczęła wypowiedź od Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra…, atmosfera nieco zgęstniała, ale tylko na chwilę, bo napięcie rozładował inny rodzic, bardzo sympatyczny pan tata. Swoją reakcją wywołał uśmiech na twarzach zgromadzonych, w tym samej zainteresowanej, i fajnie.

Tak, takie szaleństwo i zabawne sytuacje są w moim życiu w sam raz, więcej do szczęścia nie potrzebuję.

Wrzesień

Jestem świrnięta, ale marzy mnie się jesienny chłód, złote promienie słońca, mgły unoszące się nad łąkami… Tęsknię za ukochanymi dźwiękami cmentarnymi charakterystycznymi dla tej pory roku – szelestem liści, stukotem obcasów, szmerem powiewających na wietrze apaszek, za szeptami wypływającymi spod pochylonych głów.

A tymczasem lato trzyma się kurczowo i nie chce ustąpić.

Za tydzień zebranie z rodzicami i aż żal serce ściska, ile już skarg zdążyło napłynąć na ich dzieci. Po dwóch tygodniach szkoły!

W ogóle tyle wydarzyło się ostatnio, że niedawny wypad nad morze wydaje się być bardzo, ale to bardzo odległym wspomnieniem. Pięknym, lecz odległym.

 

Dom przy Wargrave Road

Ciągle otwieram jakieś nowe drzwi przez które przechodzę w rezultacie nigdy nie wychodząc z domu Wyglądam przez zamknięte okno i myślę że wiem jak wygląda świat Połykam kolejne tabletki szczęścia które wcześniej zlepiam z resztek kurzu Na końcu świata nie brakuje mi niczego bo wszystko jest tym samym Nie ma już różnicy między lądem a morzem i powietrzem Mój pociąg nie zatrzymuje się na żadnej stacji krąży jak kolejka elektryczna po plastikowych torach Zerkam ukradkiem na mapę mojej głowy niewidzialny Πυθέας kreśli coś przekreśla i dopisuje Zamykam oczy otwieram oczy Widok ciągle ten sam

*

Z okien niektórych domów przy Wargrave Road przebijały przytłumione światła. Głównie za sprawą zaciągniętych zasłon, ale nie tylko. Szłam pod górę wzdłuż szeregowej zabudowy, zerkając co chwilę na mijane budynki. Tu zasłony, tam zasłony, ale i gołe szyby bez firanek, skąd jaśniały ekshibicjonistycznie promienie lamp. I w końcu okna, w których wisiały ciężkie firany, ledwo przepuszczające blade światło – być może lamp nocnych o niskiej ilości watów. Zatrzymałam się na końcu ulicy tuż przed domem, który od paru lat wynajmowała ciotka. Ze środka biła ciemność wskazująca na to, że nikogo nie ma, co nie bardzo mnie dziwiło. Ciotka była akurat na jednym ze swoich życiowych zakrętów i nie widziałam jej od przeszło dwóch tygodni, a jej współlokator o tej porze jeszcze pracował. Nie chciałam wchodzić do środka i siedzieć w domu sama, ale kolejna włóczęga po Harrow też nie była tym, o czym marzyłam. Usiadłam więc na krawężniku i postanowiłam poczekać na lepsze czasy. Gdzieś zaśpiewał ptak, być może był to szalony dodo. Szalony jak March hare. Albo jak ja.

*

Szczeknął zamek w drzwiach. Podbiegłam do przedpokojowego okienka i odsunęłam firankę – postać ciotki zniknęła za rogiem Kingsley Road. Z sieni weszłam do wąskiej kuchni, w której unosił się zapach gorącego jedzenia wymieszany z zapachem róż rosnących dziko i gęsto na tyłach domu. Otworzyłam drzwiczki prowadzące na ogródek – róże kwitły bezwstydnie – złapałam nożyce i poszłam ciąć, a gdy nacięłam cały pęk, który trudno było objąć, wróciłam do domu nie zamykając za sobą kuchennych drzwi. Róże ustawiłam w szklankach, literatkach, kieliszkach, kubeczkach wszędzie tam, gdzie dało radę je postawić. Na blatach, półkach, schodach, pożółkłych grzejnikach, balustradach, w ubikacji, obok starej wanny, na parapetach, komodach, szafkach. Już po niedługim czasie w domu przy Wargrave Road zniknął zapach obiadu. Zastąpiła go słodka, ciężka i przyjemnie odurzająca woń sterczących zewsząd kwiatów. Karmiłam nią głowę, mój umysł był pełen czerwieni.

*

Dom przy Wargrave Road miał to do siebie, że najczęściej stał pusty, nie licząc jednego ducha, którym byłam ja. Snułam się po pokojach i schodach, wyglądałam z okien jak zjawa. Siadałam na parapetach i otulałam zasłonami. Bladymi ustami recytowałam wyszeptane z pamięci fragmenty dzieł Shakespeare’a i Byrona, w oryginale, lecz z okropnym akcentem. Leżałam w pustej, pordzewiałej wannie, na powierzchni zmyślonej wody unosiły się dwa drżące, różowe kręgi, a po ciele wędrowały magnetyczne fluidy. Czytałam książki, piłam wino, zakładałam długie, cygańskie spódnice, włączałam muzykę i wirowałam z rozpostartymi ramionami w obłokach szarego kurzu. Wbiegałam do jednego pokoju, aby za chwilę wybiec z drugiego, szukałam króliczej nory istniejącej tylko w mojej głowie. Śpiewałam Lucy in the sky with diamonds i pływałam taksówkami z papieru. Puste butelki zachęcały do kupienia pełnych, dzięki którym zawsze czułam się jakaś. W Harrow wszystko sprzyjało życiu. Brak tylko sposobów do życia.

*

Najbardziej jednak lubiłam ogród zarastający dziko i gęsto czerwonymi i białymi różami, których zapach zdawał się przenikać ściany budynku i wdzierać ostro, gwałtownie do środka. W ogrodzie jak instrument stała staromodna kabina natryskowa, do której drogę trzeba było utorować między ostrymi łodygami krzewów i pękami miedzianych rur. Wiłam się między nimi jak rzeka. Ślady drobnych ukłuć pokrywał błękit.

*

Czasami wkładałam czerwoną sukienkę, która zsuwała się z ramion i cichym szelestem opadała na trawę tuż przed ścianą kwiatów. Bawiło mnie to i smuciło zarazem. Baket, zdziwaczały kot ciotki, ocierał się wtedy wokół moich nagich nóg, domagając się pieszczot. Gdzie byłeś, gdy cię nie było? Pytałam i nie otrzymywałam odpowiedzi. Krwawa szachownica róż otaczała nas obojętna na wszystko, a kot wykrzywiał pysk w absurdalnym uśmiechu. Przechodziłam między kwiatami i już po chwili deszczem spadały na mnie strugi chłodnej wody. Z oddali dobiegał dźwięk otwieranych drzwi. Współlokator ciotki wrócił do domu.

To dobrze.

Mokre róże pochylały się nad kabiną. Lśniły w słońcu białe krople spływające wolno po zaczerwienionej skórze.