my dwie

Mam dwie linie życia, nigdy bym nie przypuszczała, ale tak jest. Są dwie i obie są niezwykłe, wyjątkowe i piękne, ale też zazdrosne o siebie. Toczą wewnętrzną walkę o pozycję, o pierwsze miejsce na podium. Źle mi z tym. Chciałabym stanąć po którejś ze stron, lecz nie wiem, którą mam wybrać. Nie wiem…

Reklamy

9 lat temu

Jest 2019 rok. Mam dom, męża. Pracuję w szkole, jestem nauczycielem, wychowawcą i czasami przesiaduję w gabinecie pani dyrektor, jednak atmosfera takich wizyt jest zgoła inna niż prawie dekadę temu. Gdy w 2010 roku zakładałam ten blog, sama byłam uczennicą – chodziłam do liceum i przygotowywałam się do matury. Pamiętam dobrze dzień, w którym odebrałam świadectwo dojrzałości, bo chwilę później zostałam zaproszona do gabinetu dyrektorki i uwierzcie – pierwszy raz w życiu bałam się tam iść. Można by rzec, że w normalnych warunkach byłam do tego przyzwyczajona, ale teraz? Szkoła skończona, matura zdana – jaki dywanik? Dlaczego? Co się znowu stało? Idąc, szkolne życie przeleciało mi przed oczami, wszystkie występki i przewinienia, wagary, ucieczki, pyskówki, nieuczciwie zaliczone sprawdziany z chemii, przyjaźń z Mirkiem, dopisana ocena z rosyjskiego dwa lata temu. Czego oni jeszcze ode mnie chcą?

Weszłam do gabinetu i spokojny wyraz twarzy pani dyrektor na chwilę uśpił moją czujność, ale szybko się otrząsnęłam. I dobrze, bo to, co na mnie czekało, ścięło mnie z nóg bez żadnych ostrzeżeń.

– Dzień dobry, siadaj, gratuluję zdanej matury, czytam twój blog.

2010 rok.
9 lat temu.

Blog miał wtedy zaledwie kilka miesięcy, ale był niezwykle bogaty w treści emocjonalne. Gdy stałam przed dyrką i próbowałam przetrawić, co powiedziała, obleciał mnie jeszcze większy strach, że z jakichś niezrozumiałych powodów będę musiała skasować wszystko, co napisałam, ale po chwili obudziła się moja buntownicza natura, dzięki której uświadomiłam sobie, że przecież jestem dorosła i wszyscy mogą mi naskoczyć. Po kolejnej chwili dyrektorka uświadomiła mi prawie to samo, dodając:
– Pisz dalej.

I piszę. Coraz mniej, coraz rzadziej, coraz gorzej, ale piszę.

Twórczość za kratkami

Ten mój mały, nudny, niezbyt wiele znaczący i w zasadzie zapomniany przez Boga blożek, swego czasu prowadził bardzo rozwiązłe życie. Na przykład kiedyś znalazłam wydrukowane posty mojego autorstwa na wydziale filologicznym jednego z uniwerków, innym razem w tramwaju przemierzającym stolicę z betonu. I fajnie. Wyobrażałam sobie, jak zadumani ludzie pochylają się nad zapiskami z cyklu „beznadziejne przypadki” i współczują autorce zaburzeń psychicznych, ale to nic. To było dawno temu. I do wczoraj sądziłam, że tego typu historie nie mają i nie będą mieć już miejsca, ale rzeczywistość jak zwykle okazała się brutalna. I nie chodzi już nawet o kwestię przypadków, na które nie mam wpływu, bo sama też dosyć często wyciągałam stąd różne rzeczy, które później znajdowały się w tak zwanych drukach oficjalnych, dzięki którym mam na przykład dyplom ukończenia studiów albo – między innymi – stypendium. Chodzi o to, że w ogóle nie spodziewałam się, że cokolwiek stąd jeszcze wyfrunie i przestanie być tylko blogowym wpisem, ale wyfrunęło. Anorexis była w wielu miejscach, w wielu nietypowych miejscach, w miejscach, w których kiedyś bardzo nie chciała się znaleźć, lecz się znalazła. Ale że będzie kiedyś w więzieniu? No, no, to już jest naprawdę coś.

Tragikomedia w jednym akcie

Kto by pomyślał, do czego zainspirują mnie wydarzenia mające czas i miejsce we czwartek i w piątek… Bo ja bym jednak nie pomyślała, że napiszę jednoaktówkę – nie i już.

A jednak napisałam.

W scenie dziesiątej znalazł się nawet wiersz. A w dziewiątej kawałek całkiem niezłej prozy. I nie mam bladego pojęcia, jak to skomentować, doprawdy.

 

Aktualizacja

Przeniosłam się w piątek z klasą IV z pierwszego piętra na parter. Będziemy teraz bliżej dyrekcji, co wiąże się z pewnymi udogodnieniami. Jak zawsze pomocni nauczyciele płci męskiej przytaszczyli do nowej sali biurko, ławki i krzesła, za co jestem im bardzo wdzięczna, gdyż samej byłoby mi trudno ogarnąć to wszystko.

Jutro powtórzenie wiadomości z rzeczownika na pierwszej lekcji i czytanie ze zrozumieniem na drugiej. W środę kartkówka.

Nie odpoczęłam przez weekend, chociaż spędziłam go w Lesie Bielańskim, skąd zawsze wracałam zrelaksowana. Tym razem nie wyszłam mentalnie z pracy, więc nawet widok pustelniczych domków nie przyniósł upragnionego ukojenia…

Ale co tam, dziś się wyśpię, a jutro do boju 🙂

11.11.2018 r.

Na 100-lecie Niepodległej Polski szkoła, w której pracuję, zorganizowała wieczór poetycki w przepięknej oprawie. Przy ognisku spotkali się uczniowie, rodzice i nauczyciele, wokół unosiła się gęsta mgła, a z dyskretnie rozmieszczonych głośników płynęły pieśni patriotyczne.

Dzieci recytowały wiersze, był hymn, była Rota, były Białe róże.

received_331422467674758

Było inaczej, ale na pewno pięknie.

Live update, czyli przemyślenia weekendowe niewarte funta kłaków

Niegdyś dosyć często zderzały się we mnie dwa sprzeczne uczucia, dwie różne cechy, które walczyły między sobą zaciekle, aż w końcu jedna strona odpuszczała, stawała w cieniu i nabierała sił przed kolejnym starciem. Mowa tutaj o szaleństwie i powadze, co nie jest znowuż niczym odkrywczym, bowiem już starożytni wpadli na pomysł, że wszechświat to nieustanne zmaganie się dwóch podobnych sił. Mniej więcej.

Od paru lat wygrywa w moim przypadku spokój, co bardzo mnie cieszy, ale zdarza się, że i szaleństwo da o sobie znać, co z kolei nikomu nie wychodzi na dobre. Tak też było i tym razem, gdy wrzuciłam na (nie)kontrolowany luz. Nie wyszło. Kiepskiej jakości głupawa próba odreagowania stresu związanego z nowotworem, operacją i żmudnym dochodzeniem do siebie zakończyła się niepowodzeniem. Żadnych luzów w moim statecznym życiu.

Nie wyszło, więc wróciłam do skorupki. Kolejny raz doszłam do wniosku, że nie warto, że się zwyczajnie nie nadaję, że to nie dla mnie, że nie umiem. Inni niech się bawią, ja chętnie popatrzę z boku, uśmiechnę się i pomyślę, że tak właśnie wygląda świat ich, a tak mój, i jest to dobre, tak zostało pomyślane, urządzone, koniec dyskusji.

A jak było na zebraniu z rodzicami? Muszę przyznać, że w porządku, chociaż gdy jedna z mam rozpoczęła wypowiedź od Zgodnie z Rozporządzeniem Ministra…, atmosfera nieco zgęstniała, ale tylko na chwilę, bo napięcie rozładował inny rodzic, bardzo sympatyczny pan tata. Swoją reakcją wywołał uśmiech na twarzach zgromadzonych, w tym samej zainteresowanej, i fajnie.

Tak, takie szaleństwo i zabawne sytuacje są w moim życiu w sam raz, więcej do szczęścia nie potrzebuję.

Wrzesień

Jestem świrnięta, ale marzy mnie się jesienny chłód, złote promienie słońca, mgły unoszące się nad łąkami… Tęsknię za ukochanymi dźwiękami cmentarnymi charakterystycznymi dla tej pory roku – szelestem liści, stukotem obcasów, szmerem powiewających na wietrze apaszek, za szeptami wypływającymi spod pochylonych głów.

A tymczasem lato trzyma się kurczowo i nie chce ustąpić.

Za tydzień zebranie z rodzicami i aż żal serce ściska, ile już skarg zdążyło napłynąć na ich dzieci. Po dwóch tygodniach szkoły!

W ogóle tyle wydarzyło się ostatnio, że niedawny wypad nad morze wydaje się być bardzo, ale to bardzo odległym wspomnieniem. Pięknym, lecz odległym.