Dom przy Wargrave Road

Ciągle otwieram jakieś nowe drzwi przez które przechodzę w rezultacie nigdy nie wychodząc z domu Wyglądam przez zamknięte okno i myślę że wiem jak wygląda świat Połykam kolejne tabletki szczęścia które wcześniej zlepiam z resztek kurzu Na końcu świata nie brakuje mi niczego bo wszystko jest tym samym Nie ma już różnicy między lądem a morzem i powietrzem Mój pociąg nie zatrzymuje się na żadnej stacji krąży jak kolejka elektryczna po plastikowych torach Zerkam ukradkiem na mapę mojej głowy niewidzialny Πυθέας kreśli coś przekreśla i dopisuje Zamykam oczy otwieram oczy Widok ciągle ten sam

*

Z okien niektórych domów przy Wargrave Road przebijały przytłumione światła. Głównie za sprawą zaciągniętych zasłon, ale nie tylko. Szłam pod górę wzdłuż szeregowej zabudowy, zerkając co chwilę na mijane budynki. Tu zasłony, tam zasłony, ale i gołe szyby bez firanek, skąd jaśniały ekshibicjonistycznie promienie lamp. I w końcu okna, w których wisiały ciężkie firany, ledwo przepuszczające blade światło – być może lamp nocnych o niskiej ilości watów. Zatrzymałam się na końcu ulicy tuż przed domem, który od paru lat wynajmowała ciotka. Ze środka biła ciemność wskazująca na to, że nikogo nie ma, co nie bardzo mnie dziwiło. Ciotka była akurat na jednym ze swoich życiowych zakrętów i nie widziałam jej od przeszło dwóch tygodni, a jej współlokator o tej porze jeszcze pracował. Nie chciałam wchodzić do środka i siedzieć w domu sama, ale kolejna włóczęga po Harrow też nie była tym, o czym marzyłam. Usiadłam więc na krawężniku i postanowiłam poczekać na lepsze czasy. Gdzieś zaśpiewał ptak, być może był to szalony dodo. Szalony jak March hare. Albo jak ja.

*

Szczeknął zamek w drzwiach. Podbiegłam do przedpokojowego okienka i odsunęłam firankę – postać ciotki zniknęła za rogiem Kingsley Road. Z sieni weszłam do wąskiej kuchni, w której unosił się zapach gorącego jedzenia wymieszany z zapachem róż rosnących dziko i gęsto na tyłach domu. Otworzyłam drzwiczki prowadzące na ogródek – róże kwitły bezwstydnie – złapałam nożyce i poszłam ciąć, a gdy nacięłam cały pęk, który trudno było objąć, wróciłam do domu nie zamykając za sobą kuchennych drzwi. Róże ustawiłam w szklankach, literatkach, kieliszkach, kubeczkach wszędzie tam, gdzie dało radę je postawić. Na blatach, półkach, schodach, pożółkłych grzejnikach, balustradach, w ubikacji, obok starej wanny, na parapetach, komodach, szafkach. Już po niedługim czasie w domu przy Wargrave Road zniknął zapach obiadu. Zastąpiła go słodka, ciężka i przyjemnie odurzająca woń sterczących zewsząd kwiatów. Karmiłam nią głowę, mój umysł był pełen czerwieni.

*

Dom przy Wargrave Road miał to do siebie, że najczęściej stał pusty, nie licząc jednego ducha, którym byłam ja. Snułam się po pokojach i schodach, wyglądałam z okien jak zjawa. Siadałam na parapetach i otulałam zasłonami. Bladymi ustami recytowałam wyszeptane z pamięci fragmenty dzieł Shakespeare’a i Byrona, w oryginale, lecz z okropnym akcentem. Leżałam w pustej, pordzewiałej wannie, na powierzchni zmyślonej wody unosiły się dwa drżące, różowe kręgi, a po ciele wędrowały magnetyczne fluidy. Czytałam książki, piłam wino, zakładałam długie, cygańskie spódnice, włączałam muzykę i wirowałam z rozpostartymi ramionami w obłokach szarego kurzu. Wbiegałam do jednego pokoju, aby za chwilę wybiec z drugiego, szukałam króliczej nory istniejącej tylko w mojej głowie. Śpiewałam Lucy in the sky with diamonds i pływałam taksówkami z papieru. Puste butelki zachęcały do kupienia pełnych, dzięki którym zawsze czułam się jakaś. W Harrow wszystko sprzyjało życiu. Brak tylko sposobów do życia.

*

Najbardziej jednak lubiłam ogród zarastający dziko i gęsto czerwonymi i białymi różami, których zapach zdawał się przenikać ściany budynku i wdzierać ostro, gwałtownie do środka. W ogrodzie jak instrument stała staromodna kabina natryskowa, do której drogę trzeba było utorować między ostrymi łodygami krzewów i pękami miedzianych rur. Wiłam się między nimi jak rzeka. Ślady drobnych ukłuć pokrywał błękit.

*

Czasami wkładałam czerwoną sukienkę, która zsuwała się z ramion i cichym szelestem opadała na trawę tuż przed ścianą kwiatów. Bawiło mnie to i smuciło zarazem. Baket, zdziwaczały kot ciotki, ocierał się wtedy wokół moich nagich nóg, domagając się pieszczot. Gdzie byłeś, gdy cię nie było? Pytałam i nie otrzymywałam odpowiedzi. Krwawa szachownica róż otaczała nas obojętna na wszystko, a kot wykrzywiał pysk w absurdalnym uśmiechu. Przechodziłam między kwiatami i już po chwili deszczem spadały na mnie strugi chłodnej wody. Z oddali dobiegał dźwięk otwieranych drzwi. Współlokator ciotki wrócił do domu.

To dobrze.

Mokre róże pochylały się nad kabiną. Lśniły w słońcu białe krople spływające wolno po zaczerwienionej skórze.

Reklamy