-4

IMG_20180116_222347_727

Reklamy

Na ścieżce

Mam swoje ścieżki wiodące na północ i wijące się nad urwiskami i przepaściami. Lubię nimi chodzić i chodzę prawie codziennie przez cały rok. Daje mi to możliwość obserwacji, jak zmienia się natura. Przyjazna latem rzeka przeobraża się w zimną, czarną i niebezpieczną toń z rwącym prądem. Zima nie została stworzona z myślą o człowieku, jak już zdążył to ktoś zauważyć, ale mimo to i tak się cieszę, że mogę w samotności patrzeć na płynącą w dole, trzeszczącą krę. Latem i mnie woda tak unosi i zabiera ze sobą, co bardzo lubię. Ale dziś  nie jestem w stanie uwierzyć, że w tej oto rzece kładę się w lipcu i w sierpniu na plecach i pozwalam nurtowi na taszczenie mojego cielska. A przy dobrych warunkach można tak płynąć nawet i około kilometra, a pod sobą mieć piasek na wyciągnięcie ręki. Bo tak lubię najbardziej – leżeć na wodzie z opuszczoną ręka i czuć, jak palce ocierają się o ziarenka piasku i drobne kamyczki. Taka jest ta moja rzeka latem, płytka, spokojna, czysta i ciepła.

A tam, gdzie zaczynają się zakręty, szuwary docieram kajakiem. Albo obok kajaka. Zazwyczaj obok. Zimą zaś idę górą i z góry patrzę na te wszystkie piękne miejsca, które latem wypełniam sobą na dole.

I jestem prawie pewna, że nie są to ani te same miejsca ani nawet rzeka nie jest ta sama. I chyba mam rację.

Środa dzień loda

Jak to jest prowadzić najnudniejszy blog w całej blogosferze? Całkiem, całkiem, nie narzekam, ale dzięki, że pytacie.

Na zegarze godzina 20:20, a ja leżę w łóżku w mojej ulubionej piżamie i próbuję czytać Labirynt duchów. Jestem na 186. stronie, ale idzie mi ciężko. Ten język… To już chyba nie moja bajka. Drach Twardocha napisany jest zdecydowanie przystępniejszym stylem, takim trochę w moim guście. I teraz nie wiem, co czytać, bo rozpoczęłam obie powieści, a i tak najchętniej poczytałabym Sami-Wiecie-Co o Sami-Wiecie-Kim. No i niedawno kupiłam w Biedronce (a może w Lidlu? nie pamiętam) Ludzi na drzewach Yanagihary, ale nie skończyłam jeszcze Małego życia. O innych rozpoczętych książkach nie będę nawet wspominać, bo w zasadzie po co, wszyscy  i tak wiedzą, jak jest.

Muzycznie nadal jest ze mną do bani i Tajemnice lasu – mimo fajnej obsady – wyłączyłam dokładnie po 12. minutach, czyli w momencie, gdy skończyła się pięćdziesiąta trzecia wybrzmiała do tej pory piosenka, a Johnny Depp szykował się do kolejnego wycia. Nie, nie, nie i jeszcze raz: nie. Obejrzałam za to Skazanych na Shawshank, uwielbiam!

Na domiar złego mało mi zmian i za dwa tygodnie znów idę do fryzjera. Tak się cieszę, że wróciła mi dawna śmiałość i już nie boję się podciąć końcówek o więcej niż 2 centymetry, żeby nie wzbudzać zainteresowania. Dziś mogłabym przefarbować się na różowo i miałabym głęboko w nosie reakcje innych ludzi. Fajne, stare uczucie! Tak więc niedługo kolejna upragniona od dawna zmiana. Chyba znów zaczynam być kobietą.

No tak, ale żeby faktycznie znów nią być, dobrze byłoby ogolić nogi. I nie tylko… W końcu poczułam wiosnę, więc pora się odchwaszczyć! W dodatku prócz jednej muchy namierzyłam jeszcze dwa komary i jedną ćmę. Czyli trzeba przeprosić się z maszynką, ech.

Co tam jeszcze? Mąż pojechał na trening MMA, a ja mam cichą nadzieję, że role się nie odwrócą i to nie ja będę teraz workiem treningowym, ciekawe.

Koleżanka kupiła dom za 400 tysięcy złotych i stwierdziła, że już ją nie cieszy, chociaż nie został jeszcze położony dach. A to pech!

Tyle na dziś, idę dołożyć do pieca, bo coś marnie z tą wiosną, chociaż miało być tak pięknie.

Jedna mucha wiosnę czyni

Dziś rano z zainteresowaniem przyglądałam się musze, która latała po mojej kuchni. A przecież nie od dziś wiadomo, że zwiastunem wiosny są muchy fruwające wokół żyrandola.

A potem poszłam na spacer w stronę słońca i poczułam zapach, który czasami daje się wyczuć w letnie poranki…

A jeszcze później pojechałam do Pepco i jakież było moje zdziwienie, gdy przed galerią handlową ujrzałam pusty parking…

A wieczorem poszłam na drugi spacer, tym razem wokół cmentarza, i zmarzłam, bo przecież 10 stopni na plusie to ewenement o tej porze roku, nie norma. Pff.

Morgan nie zmarzł, bo ma grube futro. Zapatrzył się na Bengalskiego i też sobie takie sprawił. To znaczy nie takie, bo każdy wie, z czego utkany jest duży Be, a Morgan z tkaniem ma tylko tyle wspólnego, że czasami zdarza mu się utykać, gdy źle skoczy przez płot.

W ciągu dnia mąż odsypiał nockę w pracy, a mnie było jakoś tak dziwnie, że nie leżę obok z niego z

(z ostatniej chwili: Maja Popielarska pyta w prognozie pogody, czy to już zima. Już? Chyba JUŻ PO zimie? Nie?)

z Potterem w łapach. Ale przeczytałam za to Małe trolle i dużą powódź, i fajnie. Co będę czytać dziś? Jeśli nie wciągną mnie Tajemnice lasu (TVN, godz. 20.00), zacznę Labirynt duchów Zafona, bo pora to już najwyższa.

Z problemów bieżących: teść poprosił, żebym wybrała sobie jakąś książkę na moje rychło zbliżające się urodziny. Dlaczego, ach, dlaczego nie mógł mi, jak zawsze, sam czegoś kupić? Lista upragnionych powieści wisi nad biurkiem, przecież syn mógł mu podrzucić jakiś tytuł. Albo dwa. Ewentualnie siedem. A tak? Mam wybrać sama? Seriously?

 

 

Księga XII – Cieszmy się oraz tytuł alternatywny: Oszukana cz. 1.

A więc wiosna. I wkurw niemiłosierny, bo chociaż pogoda przepiękna, a ciepły styczniowy deszcz przywodzi na myśl ten majowy, to jednak zima jest zimą i ciepły styczniowy deszcz jest jednak STYCZNIOWY. A ja jestem tak łatwowierna, tak naiwna, że daję się porwać urokom towarzyszącym początkom roku 2018. Później, gdy spadnie śnieg i złapie mróz, będzie płacz i zgrzytanie zębami, bo przecież JA się naszykowałam na wiosnę, chociaż jeszcze niedawno sama wszystkich przestrzegałam przed zgubnym słońcem i zwodniczymi, dosyć wysokimi jak na tę porę roku, temperaturami. Jak żyć?

Ano żyć jakoś trzeba, tak jakoś po swojemu i w miarę spokojnie. Pewnie gdyby nie problemy zdrowotne, więcej byłoby we mnie spokoju. I ogólnej radości, która gdzieś tam się tli, ale nie ma śmiałości w pełni rozkwitnąć. Nawet trzygodzinna wizyta u fryzjera nie przyniosła spodziewanej radości, chociaż planowany efekt został osiągnięty. Tak, wiem, problemy 1-go świata…

Co czytam? Zamówiłam w końcu trzecią część ilustrowanego Harry’ego i przeglądając obrazki, wciągnęłam się w treść. Tak więc dalsze części machnęłam z rozpędu, a ostatnią książkę skończyłam dziś około godziny 20. Po odłożeniu Insygniów na półkę (odłożeniu towarzyszył smutek, bo ja mam tak, że jak czytam coś dobrego, to za każdym razem wierzę, że czytanie trwać będzie wiecznie, a tu klops), dostałam wiadomość od koleżanki, żebym włączyła TVN. Włączyłam i moim oczom ukazał się… Harry Potter i kamień filozoficzny. No i oglądam. Chora jestem, wiem.

 

 

Do końca roku pozostało niewiele, gdyby to kogoś, rzecz jasna, obchodziło.

Pada deszcz wymieszany ze śniegiem. Jakieś to wszystko takie szare, obce, niemiłe, martwe. Ukochane drzewa zapadły w sen zimowy, ptaki przestały śpiewać. Pies śpi, piec grzeje, lampeczki w gwiazdeczki porozwieszane po całym domu próbują rozświetlić mrok. Pranie schnie wolno, kawa stygnie szybko, słońce zaszło na dobre. Cisza jest głucha, anorexis gruba, zima głupia i zostanie tak na wieki.

Zawartość schowka na bonito.pl dobija do 300 złotych, żongluję tytułami, jak mogę, zmagam się z poważnymi dylematami – pierwszy Hanks czy King? – ale pewne sprawy są nie do przeskoczenia, co profesjonalnie nazywa się siłą wyższą. Na arkę anorexis zwaną w półświatku statkiem miłości wchodzą więc wszyscy, bo żyjemy w XXI wieku i tak po prostu trzeba, czyli Tomek i Stefan łapią się za ręce jak najlepsi przyjaciele i biegną do mnie w podskokach.

To jest mój sposób na ocieplenie klimatu – dużo świec, lampek, dużo herbat, kaw, wina i książek.

Ciszy nie wypełniam niczym, bo nie potrafię. Drażnią mnie dźwięki i jednocześnie pragnę słyszeć więcej niż szum wentylatora rozdmuchującego w piecu ogień. Pragnę, chociaż nie jestem spragniona, moje wygłodzone wnętrze domaga się czegoś, od czego odwykło i bez czego nauczyło się żyć. Gdy to dostaje, zwraca. Połyka i wymiotuje. Jestem sprzecznością odkąd istnieje wieczność. Moje anorektyczne ciało obrośnięte tłuszczem to uosobienie paradoksu.

Oraz zobrazowany bałagan, który nie wiadomo kiedy stał się moim mózgiem.

W tym wszystkim cały czas lubię ludzi. Samotnica otoczona życiem stanowi najlepszy dowód na to, że w świecie przyrody wszystko jest możliwe.

Koniec roku zapasem, od pierwszego stycznia wszyscy będą wypatrywać wiosny zapominając, że zima ma dopiero nadejść, a wiosna śpi w najlepsze mając głęboko gdzieś smutki i troski ludzi i zwierząt. To moja myśl na dzisiaj.

Co czytam? Wszystkie imiona Saramago i Dracha pióra Twardocha.

 

Nowy blog, stara ja!

Tak, tak, anorexis to JA.

Lata mijają, ale pewne kwestie pozostają niezmienne. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, powiadają i powiadają słusznie, a niezbitym na to dowodem jest moja skromna osoba. Osoba od siedmiu lat pozbawiona łaknienia, osoba, która przeżuła wystarczająco (nie)wiele, aby wciąż chcieć poruszać aparatem gębowym w takt mijającego życia.
Tyle o mnie na dziś.

Co czytam?

IMG_20171205_102920_095

Muminki, Harry’ego, Muminki, Harry’ego…
To tak w ramach programu naprawczego po paru latach sypiania z Nidą i resztą wyuzdanej śmietanki towarzyskiej.

Tak… nic się nie zmieniło. W głowie dużo, w brzuchu burczy, usta pozostają zamknięte, a pod palcami pustka.

Trudno, przynajmniej spróbowałam.